Zaułek Hartwigów
Wpis dodany przez as do kategorii: Znani, Patroni ulic i osiedliW dole Ulica Kowalska. Z Placem Rybnym łączą ją malownicze schody na skarpie. Na pierwszych stopniach widzę kobietę, w dłoniach, na wysokości oczu trzyma gazetę, oby się nie potknęła. Za to na samej górze, już prawie kończą wspinaczkę, starszy mężczyzna z małym chłopcem. To chyba dziadek z wnuczkiem. Popołudniowe słońce rzuca ich cienie na kamienne płytki.
Tak zaułek, nazwany później nazwiskiem jego rodziny, widział Edward Hartwig i taki obraz zatrzymał na swojej fotografii. Podobnie jak inne jego zdjęcia, również to, jest małą fabułą o Lublinie. Zdjęcia Edwarda Hartwiga to opowieści o miejscach, które portretują. Zawsze coś się na nich dzieje, a to wiatr podwiewa spódnice, to znów dwaj mężczyźni spierają się ze sobą, kilka kroków stąd malarz rozstawił swoje sztalugi, a dalej, na placu, w czasie targu, kobiety rozgrzewają się gorącą herbatą z samowaru. Hartwig odkrywa zaułki, zakamarki i bramy skąpane w świetle dopiero co wzeszłego słońca. Widać, że dobrze znał to miasto, miasto swojego dzieciństwa.
Jego ojciec, Ludwik, był nestorem lubelskiej fotografiki. Początkowo praktykował w Łodzi, w firmie Staropolskiej. Wysłany przez nią do Moskwy, gdzie szlifował swój warsztat. W Rosji Hartwigom bardzo dobrze się powodziło. Jednak czasy się zmieniały. Wybuchła rewolucja i fotograf wraz z rodziną wrócił do Polski, do Lublina. I od razu, na ulicy Narutowicza, założył pracownię, z obowiązkowym górnym i bocznym światłem, tak jak w pracowni malarskiej. Ilość światła regulowało się poprzez przesuwanie firanek za pomocą długich tyczek. W takim właśnie miejscu powstawały pierwsze portrety Lublinian. W tym studiu Ludwik Hartwig fotografował Juliusza Osterwę, Batycką; pierwszą miss Polonia, aktorów oraz dygnitarzy lubelskich. Z czasem pracownia została przeniesiona na tyły Hotelu Europejskiego. Nowoczesna, również z górnym oświetleniem. Wchodziło się do niej przez hall hotelu. Ludwik Hartwig reklamował się hasłem „Fotograf Uniwersytetu Lubelskiego i Teatru Lubelskiego”. To właśnie zdjęcia teatralne, były pierwszymi, które powstały poza studiem. Później Hartwig robił dokumentację fotograficzną dla amerykańskiej firmy „Uhlen”, która zakładała w Lublinie kanalizację. Zdjęcia, na szklanych kliszach o formacie 18×24 cm, tak bardzo spodobały się przybyszom zza oceanu, ze poprosili, o kolejne, tym razem z codziennego życia miasta. To co szczególnie ich zainteresowało, to kobiety powożące furmanką, ludzie z tobołkami śpieszący na jarmarki, autentyczne ludowe stroje. Wszystko chcieli mieć uwiecznione na fotografiach.
Niestety całe archiwum zostało zniszczone w wyniku bombardowania, w tym samym czasie kiedy zginął Czechowicz. Na szczęście nic nie stało się Hartwigowi, schodził wówczas z pietra po schodach, które oderwały się od reszty budynku. Dlatego przeżył.
Po wojnie Ludwik Hartwig założył kolejne atelier, tym razem na ulicy Świętoduskiej. I choć warunki były skromne; minimum możliwości technicznych, a w okolicy kilka innych zakładów, to klienci upodobali sobie właśnie jego. Później Hartwig zorganizował w Lublinie cech rzemieślniczy. I robił zdjęcia, Lublinowi i jego mieszkańcom.
Dużo lat wcześniej, jeszcze przed wojną Ludwik Hartwig powiedział do swojego syna, Edwarda – Idź na Stare Miasto, ja Cię proszę. I dał mu aparat fotograficzny, kasety 9×12cm oraz statyw. I tak powstały trzy pierwsze zdjęcia Edwarda Hartwiga. Niestety, do dziś zachowało się tylko jedno z nich. Po pewnym czasie powstała druga pracownia Hartwigów w Lublinie. Ojciec synowi nigdy niczego nie narzucał ani nie krytykował. Za to podrzucał tematy, namawiał do robienia zdjęć, a czasem prosił o sfotografowanie określonej sytuacji czy miejsca. Młody artysta często zgadzał się jedynie z grzeczności, jednak później okazywało się, że było warto, wykonane zdjęcia zachwycały oryginalnością tematu.
Edward Hartwig powoli zdobywał coraz szersze uznanie, brał udział w wystawach prezentując fotografie ojca i swoje. Zdjęcia inspirowane światłem i cieniem, ruchem i spokojem, często przywołujące na myśl impresjonistyczne obrazy, zawsze zadziwiające perspektywą spojrzenia. Hartwig patrzy na Lublin o świcie, kiedy wstaje słonce i powoli budzi mieszkańców do życia, widzi mleczarzy ciągnących bańki, kobietę sprzątającą ulice Strugi Miasta. W południe z ukrycia zerka na modlącego się zakonnika. Śledzi dzieci wracające ze szkoły, a wieczorem obserwuje artystę, który w ostatnich chwilach przed zmrokiem maluje panoramę miasta. Lublin na fotografiach Hartwiga jest po prostu magiczny i to magiczny w swej codzienności. Zachwycająco przedwojenny Lublin.
Po wojnie Hartwig przeniósł się do Warszawy. Uczestniczył w powstaniu Związku Polskich Artystów Fotografików. Później został jego honorowym członkiem. I ciągle fotografował. Szczególnie upodobał sobie czarny i biały kolor, w ich poświacie powstawały portery ludzi i miejsc. Szkoda, że już nie Lublina, przynajmniej nie tak często jak by się tego chciało. W 2003 roku Edward Hartwig umiera. To co nam zostawił, to obraz przedwojennego Lublina. Miasto jego dzieciństwa. Patrząc na nie wybieramy się w podróż w czasie… i już czujemy zapach pieczonego chleba ma ulicy Szerokiej, widzimy bawiące się dzieci w zaułkach Starego Miasta, wchodzimy do sklepu kolonialnego na Kapucyńskiej, próbujemy czekoladowych ciastek od Semadeniego, a z Hotelu Europejskiego dociera do nas aromat świeżo zmielonej kawy… zatrzymaj się i przysiądź na chwilę w Zaułku Hartwigów…
Zdjęcia autorstwa Edwarda Hartwiga można obejrzeć na stronie TeatruNN
Wypowiedz się na LubForum.pl
Drukuj ten artykuł
na górę
(Ilość ocen: 4, średnio: 4 z 5)